Kreta- relacja z wakacji.

Nasze coroczne, długo wyczekiwane wakacje tym razem odbyły się na pięknej Krecie. Udaliśmy się tam na przełomie sierpnia i września. I już, już pragnę nadrobić spore zaległości w relacji z tej cudownej podróży. Czeka was także druga część- informacje ogólne o Krecie. Miała być ona jako pierwsza, ale cóż… Wolę chyba jednak pokazać fotorelację jako pierwszą.

IMG_0046
Wyspa Spinalonga

Przyjazd na Kretę

Do hotelu z lotniska mieliśmy niedaleko. Zawsze staramy się wybierać hotele blisko niego. Na Lanzarote byliśmy tuż koło lotniska. Chodziliśmy na spacery, aby stawać tuż pod lądującymi samolotami. Niesamowite wrażenie. Te maszyny są fascynujące.

Dzień przylotu był bardzo gorący. Powitały nas jak zwykle cykady. To takie pluskwiaki, które każdego dnia dają niezły koncert na greckich wyspach. Już wcześniej je słyszałam w Kefalonii i zastanawiałam się, co to takiego. Nie widać ich, ale za to mocno słychać. Oczywiście oprócz tego, na greckich wyspach znajdziesz stada psów i dużo kotów. Psy niestety nie zawsze okazują się przyjazne. Grecy chyba mają zamiar coś z tym zrobić, bo ostatnio została zagryziona turystka. Zwierzęta biegające samopas to popularne zjawisko- są często dokarmiane przez okolicznych restauratorów i mieszkańców.

IMG_0057
Legendarne jezioro Voulismeni bez dna w Agios Nikolaos
IMG_0068
Błękitna kamieniczka w tymże miasteczku

Ponieważ ważniejszy był dla nas pokój, najpierw się zameldowaliśmy. I znów- pierwszy pokój okazał się lekką porażką, więc musieliśmy go wymienić. Nie jesteśmy jacyś mega wybredni, ale nie lubię jak się nam wciska ciemne pokoje, na parterze i do tego niemalże kilometr od budynku głównego. Za drugim podejściem otrzymaliśmy przyjemny pokój na pierwszym piętrze, z widokiem na morze i recepcję. Lubię czasem mieć widok na wejście główne, bo możesz być świadkiem ciekawych sytuacji ;-).

IMG_0004
Taki przystanek 🙂
IMG_0060
Loggia wenecka, Iraklion

Ponieważ już nie załapaliśmy się na obiad w hotelu, postanowiliśmy się udać gdzieś i zjeść coś poza nim. Zapytaliśmy w recepcji, jak dojść do centrum miasteczka i udaliśmy się w drogę. Było niesamowicie gorąco i prawie zero cienia więc zmęczył nas ten spacer niesamowicie. Zwłaszcza, że od dobrych paru godzin byliśmy na nogach. I miasteczko też jakoś blisko nie było. Znaleźliśmy przyjemną tawernę nad samym morzem i posiedzieliśmy tam dobre dwie godziny popijając zimne piwo  i zajadając się frytkami. Następnie wróciliśmy do hotelu, aby go obejść i odświeżyć się nieco. Około 19.00 zeszliśmy do restauracji.

Opcja, którą jak zwykle wybraliśmy, to all inclusive. Słyszę o niej wiele rzeczy i powtarzanych stereotypów. Ale uważam, że opcja ta jednak posiada wiele zalet. Przede wszystkim, wbrew temu, co mówi wielu ludzi, wybór jedzenia jest naprawdę zróżnicowany i są opcje dla każdego niemalże. Lubię pić zimne piwo i drinki i mam to wszystko wliczone w cenę. Nie muszę się martwić o płacenie za wszystko osobno. Zawsze też znajdę coś dobrego do jedzenia. Zwłaszcza, że często składniki są naprawdę dobrej jakości. Przy wyborze hotelu kierujemy się kilkoma istotnymi wymogami, więc nie są to przypadkowe miejsca. Zazwyczaj hotele są naprawdę fajne. Ten ostatni miał duże przestrzenie, ciekawe, niezagospodarowane sale i dużo przyjemnych miejsc na zewnątrz do posiedzenia. Poza tym hotel położony tuż nad samym morzem.

W hotelu była świetna restauracja. Zabukowaliśmy tam raz kolację. Zachód słońca, białe obrusy, wyśmienite jedzenie, świetna obsługa. Naprawdę warto korzystać z takich dodatkowych opcji. W poprzednim hotelu, na Malcie, było kilka restauracji, w tym chińska i marokańska i skorzystaliśmy z tej pierwszej. I także było bardzo smacznie. Mój ukochany mąż zresztą uwielbia chińską kuchnię. A przynajmniej tę zrobioną pod Europejczyków.

IMG_9944
Wystrój kościoła prawosławnego w Grecji

Spinalonga i okoliczne miasteczka

Trochę wylegiwania się, spacerów, pływania w słonym basenie ( po raz pierwszy dla nas ze słoną wodą, pewnie ze względu na bliskość morza) i przyszła pora na pierwszą wycieczkę. Wybraliśmy się na wyspę Spinalonga, a następnie do miasteczek Elounda i Agios Nikolaos.

Spinalonga nazywana jest dzięki długiej i barwnej historii wyspą trędowatych. Można na nią dopłynąć z miasteczka Elounda. Rejs zajmuje około 20 minut. Tego dnia było bardzo wietrznie, więc momentami miałam nawet gęsią skórkę. Ale nieco wietrzna pogoda dobra jest przy takich gorących temperaturach, bo wtedy o wiele łatwiej się zwiedza. Wyspa była wenecką twierdzą, a następnie kolonią trędowatych. Zbudowano tam miasteczko- były magazyny, domy, kościoły i cmentarze. Pozostałości po nim można podziwiać do tej pory. Klimat wyspy sprzyjał uprawie warzyw, a wenecjanie handlowali owocami morza oraz rybami. Następnie została zajęta przez Turków osmańskich ( 1715). Zamieszkały tam rodziny tureckie, aż do czasu, gdy przybyli pierwsi trędowaci. Były to początki XX wieku, gdy zapanował trąd, na którego nie było wówczas leku. Wysłano więc ich na Spinalongę. Utworzono tam też szpital i szkołę. Trędowaci żyli więc w odosobnieniu, w swoim miasteczku na wysepce. Z Krety dowożono im żywność i lekarstwa. Utworzyli oni społeczność, której przewodził ich przewodniczący, walczący o lepszy byt. W 1913 roku Kreta została przyłączona do Grecji i wtedy też na Spinalongę zaczęli przybywać chorzy z całego kraju. Trędowaci nauczyli się żyć własnym życiem. Tworzyli pary i zawierali przyjaźnie. Czasem takim parom rodziło się zdrowe dziecko. Zabierane było z wyspy, żeby miało szansę na życie bez trądu. Zapewne było to dla rodziców bardzo traumatyczne przeżycie. W końcu wynaleziono lek na trąd, było to w 1948 roku. Pierwsi mieszkańcy zaczęli opuszczać wyspę, a w roku 1957 Spinalonga została opuszczona przez nich na zawsze. Udali się oni do Aten. Z wyspy rozciągają się przyjemne widoki na morze i Kretę.

IMG_0057
Bazylika Agios Titos, Iraklion

Kolejnym naszym punktem było miasteczko Elounda, do którego powróciliśmy statkiem. Jest to takie kreteńskie Saint- Tropez- ekskluzywny kurort z polami golfowymi. Jest ciekawie usytuowane- skaliste wzgórza, piękne widoki na zatokę Elounda z piaszczystymi plażami i błękitną wodą. Istnieje legenda o antycznym miasteczku Olous. Znikło ono w VIII w. naszej ery. Przyczyną było najprawdopodobniej trzęsienie ziemi lub obsunięcie lądu. Przy bezwietrznej pogodzie można na dnie morza przy przesmyku zobaczyć zarysy jego murów. Niestety, jak pisałam wyżej, tego dnia było dość wietrznie. W Eloundzie zjedliśmy lunch w przyjemnej restauracji znajdującej się na wodzie, a następnie zrobiliśmy sobie spacer z przerwą na mega dużego gofra.

Po wizycie w Eloundzie pojechaliśmy do miasteczka Agios Nikolaos. Jest ono usytuowane na zatoką Mirabello, ok. 65 km na wschód od stolicy Krety, Iraklionu. Wybudowana tu najważniejszy port na wschodzie Krety. Jest to bardzo urokliwe miasteczko i nietypowo położone- z jednej strony morze, a w centrum Agios słone, głębokie jezioro i wysoka skalna ściana. Warto tam usiąść i napić się kawy lub lokalnego wina. Znajduje się też tam kilka muzeów np. Muzeum Archeologiczne z przedmiotami z miedzi czy Iris przestawiające bogactwo kreteńskiej flory i jej wykorzystanie (leki, barwniki, aromaty, oprawa uroczystości).

IMG_9957
Cmentarz na wyspie Spinalonga

Wymienione wyżej jezioro nazywa się j. Voulismeni, czy inaczej- jeziorem bez dna. Jest głębokie i strome zbocza zsuwają się mocno w dół. Krąży o nim wiele legend, m.in. o zatopieniu przez Niemców amunicji i pojazdów zbrojnych po przegranej II wojnie światowej. Nigdy ich jednak nie odnaleziono na dnie. Także został obalony mit o niezgłębionej otchłani wód- w 1853 roku pewien Brytyjczyk wyznaczył głębokość zbiornika na 64 m.

Wizyta w CretAquarium 

Akwarium znajduje się na uboczu, na terenie dawnej amerykańskiej bazy lotniczej. Są to duże tereny, z niszczejącymi budynkami. Można tam dojechać taksówką bezpośrednio pod budynek akwarium lub dojść kawałek z przystanku autobusowego. Starszym osobom nie polecam, gdyż idzie się tam ok. 10-15 minut bez odrobiny cienia, w skwarze. Komunikacja autobusowa jest na wyspie dobrze rozwinięta, więc dojazdy tymi pojazdami są przyjemne- osoba sprzedająca bilety także wymawia głośno nazwy przystanków oznajmiająca, są klimatyzacja i internet.

Wizyta była dla nas lekkim rozczarowaniem. Akwarium ciągle jest chyba w okresie przebudowy. To, co my zastaliśmy na miejscu, to mała sala z różnymi gatunkami ryb, kilkoma rekinami i jednym żółwiem. Owszem, okazy ciekawe i wyjątkowe, ale mieliśmy niedosyt. Zwiedzanie zajęło nam raptem może z 15 minut. Możliwe, że fakt, że byłam w kilku fajnych, dużych akwariach spowodował, że to mnie rozczarowało. Chociaż opinie miało dobre na stronie. Plusem jest, że nazwy i opisy są także w j. polskim.

Wieczór w Iraklionie 

W sobotę wieczorem wybraliśmy się na wizytę do stolicy Krety, Iraklionu. Zawsze organizowaliśmy takie wycieczki w ciągu dnia. Ale polecono nam udać się tam wieczorem, bo w dzień jest więcej turystów i gorąco. Dlatego tym razem dla odmiany wybraliśmy się na zwiedzanie wieczorne. Dostaliśmy się tam za pomocą miejskiej komunikacji, która jak pisałam wcześniej, działa bardzo dobrze. Jechaliśmy stromą drogą, spoglądając na strome klify i ciemne, uderzające o nie fale. Podróż była wygodna i niezadługa. Wysiedliśmy na dworcu i udaliśmy się w stronę miasta- musiałam sprawdzić, w którą stronę iść, bo nie było to takie oczywiste. Polecam więc GPS albo kierować się za ludźmi, bo większość z nich idzie do centrum.

Zanim przejdę do szczegółów z wycieczki, kilka słów o stolicy. Iraklion został założony przez Arabów w IX w. i początkowo nosił nazwę Al Kandak. Jest to ponad 170 tys. stolica i centrum życia na wyspie. Historia jest burzliwa i nie oszczędziła wielu budowli. Miasto jednak wywarło na mnie przyjemne wrażenie i wycieczka mi się podobała.

Po drodze minęliśmy kilka eleganckich hoteli, oświetlone rondo, restaurace. Znaleźliśmy się w porcie weneckim. Ładne miejsce, z licznymi łodziami i jachtami. Port założony został przez Arabów. Znajduje się tam Arsenał. Służył on do napraw statków, chronił przed sztormami i posiadał zbiorniki z solą oraz z wodą. Do dziś przetrwało sześć łukowych konstrukcji z dziewiętnastu, które były budowane od XV- XVII wieku. Port wenecki jest przyjemy na wieczorne spacery. Nie było nam dane odwiedzić ładnej Chanii, ale podobno tam port jest bardziej malowniczy i kameralny. Port ma długą historię i był rządzony przez Arabów i wenecjan. Handlowano tu woskiem pszczelim, jedwabiem, winem, oliwkami, oliwą, winogronami i solą.

Wszędzie panował gwar. Na każdym rogu też wystawali nastolatkowie, ale tacy poniżej 18 roku życia i nie wyglądali na pijanych itp. Postanowiliśmy najpierw znaleźć jakieś miejsce, aby zjeść kolację. Na początku usiedliśmy w restauracji tuż obok morza. Ale nie do końca spodobało się nam menu. I wbrew temu, co mówił szef, nie było tego, co chcieliśmy. Przeprosiliśmy więc i ku złości kelnera, opuściliśmy miejsce. Maszerowaliśmy więc dalej i niedługo potem znaleźliśmy małą, fastfoodową tawernę i tam mieliśmy swoją kolację z piwem. Było tanio i smacznie. Po kolacji udaliśmy się w stronę samego już centrum.

Tam deptakiem spacerowaliśmy i zaglądaliśmy do co ciekawszych sklepików. Wszędzie było pełno miejscowych i turystów- miasto kipiało życiem. Trafiliśmy na głośny Lwi Plac z fontanną Morosiniego. Oczywiście miejsca te łączą się z historią Arabów i ich panowania. Fontanna powstała głównie, aby zapewnić mieszkańcom dodatkowe źródło wody pitnej. Znajdują się na niej postaci z mitologii greckiej i lwy- herb Wenecji. Tuż naprzeciwko fontanny znajduje się Bazylika św. Marka. Tuż niedaleko Loggi weneckiej zakupiliśmy sobie ogromne porcje lodów w pysznym waflu i usiedliśmy w jej wnętrzu, aby troszkę oddalić się od spacerujących tłumów. Loggia to dawniej miejsce zamożnych, lordów, szlachty i arystokratów. Podejmowano tu ważne decyzje dotyczące handlu i ekonomii. Tutaj także ważne osobistości wypoczywały i bawiły się. Loggia jest w stylu jońskim i doryckim. We wnętrzu budynku znajduje się atrium. Obserwowałam przez nie gwiaździste niebo. Obecnie znajduje się tam ratusz.

Następnie udaliśmy się z powrotem na dworzec autobusowy, by powrócić do hotelu. Wybraliśmy boczne drogi i podziwialiśmy co ciekawsze kamienice. Było gorąco i na każdym rogu czaiły się nieszkodliwe grupki młodych ludzi.

Miasto nam się podobało. Na pewno warto tam zajrzeć i trochę pozwiedzać. Zwłaszcza, że podobno coraz bardziej się rozwija i coraz lepiej wygląda. No i dla portu weneckiego.

Oczywiście każdego dnia cieszyliśmy się ciepłą wodą w morzyu greckim piwem, winem i przysmakami tj. baklavą, tzazikami, pyszną i łatwą w przygotowaniu sałatką grecką, souvlakami i oliwą. Sama przywiozłam sobie puszeczkę oliwy, baklavę i drobne pamiątki. Próbowaliśmy znaleźć jakiś ładny, grecki rysunek. Ale było to trudne, bo wszędzie gotowce made in china. Jednakże w jednym sklepie udało nam się znaleźć ładne, greckie malunki. Kupiłam jeden sobie, drugi mamie.

Nie zwiedziliśmy co prawda ruin pałacu w Knossos, bądź też innych, podobno często ciekawszych. I miasteczek wśród gór. Ale nigdy nie da się zobaczyć wszystkiego, jeśli się jedzie na wakacje połączone z relaksem na plaży. Zawsze jednak staramy się zobaczyć kilka ciekawych miejsc. I w większości nas one zachwycają. Zawsze też spędzamy tydzień w danym miejscu.

W Grecji spędzaliśmy wspólnie wakacje po raz drugi. Pierwszy nasz wyjazd, zresztą bardzo udany, był na wyspę Kefalonia. Pięknie tam było, naprawdę polecam. I to na pewno nie jest nasza ostatnia wyprawa do Grecji. Klimat, plaże, ciepła i jasna woda w morzu, jedzenie, wino, miasteczka, oliwki- chociażby dlatego warto odwiedzić kraj spod flagi biało- niebieskiej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s