Londyn z mojej perspektywy

br mus
British Museum 

Londyn, w którym mieszkam od ponad siedmiu lat, to miasto wielu twarzy. A ja znam wiele tych brzydkich ;-). Coraz częściej odnoszę wrażenie, że jestem tu bo jestem. Pewnie dlatego, że łatwiej tutaj o pracę i w tym temacie nie mogę teraz narzekać. I to, że dopiero co zamieszkałam w bardzo przyjemnym mieszkaniu, nie wiem, czy bym tu dłużej była. Miasto dość przytłacza i stresuje.

Początki były fajne. Co prawda nie mieszkałam w pałacu. Raczej w domu bliskim rozpadu, he he, ale pracowałam w biurze, pięć minut od domu. W weekendy jeździłam do miasta i na zakupy. Oczywiście także na piwo i do restauracji. Czasy, gdzie dużo się działo, piło dużo wina i wiecznie z kimś było. Później różnie bywało z pracą, ale w końcu wszystko zaczęło się układać. I teraz mogę rzec, że jest dobrze.

Opiszę kilka rzeczy typowych dla Londynu, moim okiem.

  1. Domy– oj, tutaj można by mówić. Nie znam chyba ani jednej osoby, która nie żyła z: myszami, karaluchami, wilgocią, molami itp. Ja zaliczyłam wszystko! Nawet te pozornie ładne, wyremontowane, ale stare domy, miały defekty. Po prostu plaga. Czynsz jest wysoki, nawet za byle jaki pokój. Jak to w stolicach. No i okna brudne. Po części, bo wielu ludzi o nie po prostu nie dba, a po części dlatego, że ciężko je wymyć ze względu na specyficzny układ. Jeśli mogę, myję je co kilka miesięcy, czasem nawet przybierając wymyślne pozy, żeby tylko się gdzieś dostać. Yoga okienna ;-).
  2. Czystość– dużo by tu mówić. Co prawda w każdej dzielnicy jest ileś osób sprzątających, które wcześnie rano wyruszają ze swoimi wózeczkami, aby oczyszczać ulice, ale wciąż to za mało. Wiąże się to niewątpliwie z tym, że ciężko ogarnąć miasto, w którym na co dzień wychodzą duże tysiące czy miliony ludzi. I niestety, różnego pokroju. Tak, że miasto pełne jest różnego rodzaju nieczystości, na które natkniesz się każdego dnia, od śmieci po różne ludzkie wydzieliny. To mnie do tej pory poraża. Spacery więc bywają mało przyjemne. No i problem z gołębiami, które potrafią ” narobić” i oszpecić nawet najładniejszy budynek. Nikt się też nie kwapi, żeby to sprzątać, bo to kosztowne i problemu samo w sobie nie rozwiązuje. Zresztą to problem wielu miast na całym świecie.
  3. Ludzie– nawiążę do nich. Bardzo dużo imigrantów, którzy kompletnie nie przestrzegają zasad współżycia. Na co dzień wyczuwasz wrogość, tzw. wkurw i inne tego typu emocje. Niestety. Co jeszcze bardziej uprzykrza podróż do i z pracy. Szkoda, że nie ma więcej serdeczności. W codziennym życiu i podróżach to by naprawdę pomogło. A tak to każdy to JA JA JA. Mi wszystko wolno. Zagłuszę twoje myśli moją głośną rozmową telefoniczną/muzyką itp. Popychanie i klnięcie na porządku dziennym.  Anglicy też bywają różni. Środowisko pracy z Brytyjczykami jest inne od tego, w którym są mocno wymieszani ludzie. Owszem, są często uprzejmi, ale też obgadują za plecami, nie są bezpośredni, mają dużo czasu na wszystko i za mało wymagają. Oczywiście zależy od rodzaju pracy. Jednak to mi odpowiada średnio. Wolę, gdy więcej się wymaga, szczerze mówi o oczekiwaniach, nie owija w bawełnę, jednocześnie robiąc to w stanowczy, ale uprzejmy sposób. Dużo ludzi tutaj pali marihuanę też, czuć na każdym kroku. Można posiadać minimalne ilości. Nie wyobrażam sobie palić w drodze do pracy i pracować. Ale każdy ma inaczej! W ogóle to ja narkotyków nie lubię.
  4. Ceny– czynsz jest drogi, transport też ( jednakże ceny biletów zostały póki co zamrożone do 2020), natomiast żywność i środki czyszczące w przyzwoitych cenach. Nie wydaję dużo na dobre jedzenie. I zakupy ogólnie. Natomiast dużo pieniędzy idzie na przejazdówki i mieszkanie. Czynsz za mieszkanie jednopokojowe to 1000f wzwyż plus rachunki; przejazdówka strefa 2-3 to prawie 100f miesięcznie.
  5. Atrakcje– jest ich dużo. Zarówno płatne, jak i bezpłatne. Dawniej sporo chodziłam. Teraz już tego nie robię. Ale pierwsze dwa lata spędziłam na wizytach w Tate Modern, małym muzeum C. Dickens’a, British Museum, Science Museum, V&A Museum, kilku niezależnych i wielu innych. Większość darmowa. Fajnie jest to wszystko zobaczyć. Teraz głównie chodzę raz na jakiś na musicale do West End czy sztuki. Oczywiście byłam w Harrods’ie, ale nie byłam w Muzeum Figur Woskowych, co ciekawe.
  6. Klimat– umiarkowany, brytyjski, że tak powiem. Lato nie za gorące ( i całe szczęście!), chociaż zdarzają się upały. Zimy dość ciepłe. Rzadko zdarzają się mrozy, a w porywach jest -4. W ciagu dnia zazwyczaj do +10. Czasem nawet więcej. Śniegu dawno tutaj nie widziałam. Ale pamiętam, że zdarzały się biale zimy, tzn napadało dość dużo śniegu, który utrzymywał się kilka dni. Tak było w moim pierwszym roku tutaj, zaraz po ciepłej jesieni. Woda w morzu, podobnie jak w Bałtyku, dość zimna.
  7. Jedzenie– dzięki Londynowi polubiłam różne dania i smaki. Teraz lubię i umiem zjeść coś bardziej pikantnego, lubię kuchnię indyjską, curry i angielskie kiełbaski np. cumberland. Angielskie śniadanie jadam rzadko albo w wersji skrojonej, bo ma bardzo dużo kalorii. Anglicy lubią ciasta biszkoptowe, czekoladowe i marchewkowe. I ja też. Ale już np. Christmas Pudding to nie moja bajka. Tutaj także nauczyłam się jeść jagnięcinę, której z początku nie ruszałam. Teraz chętnie jem to mięso. Tutaj też zaczęłam jeść kaczki, gęsi i inne ptaki częściej. Także wieprzowinę z sosem jabłkowym- angielski przysmak dla mięsożernych.
  8. Napoje– herbatki z mlekiem wciąż nie pijam. Wolę zabieloną kawę. Herbaty w ogóle mało pijam, a jeśli już, to zieloną z cytryną albo jakieś ziółka. Natomiast nie lubię herbat korzennych. A Anglicy lubują się w herbacie miodowo- imbirowej. Imbir lubię, zwłaszcza starty bądź rozdrobniony w koktajlu owocowym. Wielu Anglików lubi pić tonik i swoje mieszane z wodą napoje owocowe, tzw. squash. Z alkoholu oczywiście piwo, i też cydr. Lubię cydr, zwłaszcza latem.
  9. Transport- o tym jeszcze. W mieście są dobre połączenia i dużo pociągów. Jednak wciąć coś nie domaga. Albo pociąg nie dojedzie, albo się zepsuje. Autobusy jeżdżą często, ale długo. A jak jest strajk w mieście, to panuje dziki chaos. Na szczęście nie mam aż tak daleko do pracy, jak na warunki londyńskie, ale kilka dobrych km jest. Jak coś siada, to albo mogę iść na pieszo do domu po mało atrakcyjnych dzielnicach albo próbować dalej, wepchnięta w zatłoczony autobus jak sardynka z wk… ludźmi. Ciężko ogarnąć wszystko w tak dużym mieście, ale jednak mogłoby to czasem odrobinę lepiej działać. A nie jest łatwo znaleźć fajną pracę w okolicy. Chociaż mi się kilka razy zdarzyło pracować blisko domu. Ale prace były średnie.

Londyn to miasto i ładne i brzydkie. Ma wiele twarzy. W centrum, gdzie możesz trafić do ładnych, czystych miejsc i poza, gdzie są tłumy ludzi i brud. Oczywiście większość zarabia mało albo średnio, a to nie wystarczy, żeby trafić i zamieszkać w  naprawdę fajnym miejscu. Dlatego z wielu powodów w Londynie fajnie jest być bogatszym lub bardzo bogatym. Masz wyrąbane na ten cały syf. Wsiadasz do swojej czarnej taksówki i omija cię cała fatyga związana z podróżami transportem miejskim. Tak że jeśli przyjedziesz do Londynu, niech cię nie szokują różne zachowania i brudne ulice, na których znajdziesz wszystko. To norma. My ludzie to takie zwierzątka, tylko, że często ładnie ubrane i niby takie cywilizowane.

Pozdrawiam ;-).

 

2 odpowiedzi na “Londyn z mojej perspektywy”

  1. Ja z perspektywy osoby juz tam nie mieszkajacej czasami jestem troche stentymentalna. Moje ukochane miejscowki to kino Genesis i restauracja Tayyabs. Za kazdym razem jak jestem w Londynie to dla mnie punkty obowiazkowe. Dobrze, ze sa tak blisko siebie 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s